Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Różne. Pokaż wszystkie posty

piątek, 27 kwietnia 2012

"Pisać, to znaczy odbywać sąd nad samym sobą." - czyli znowu o Pisaniu i przerwach




Wybór tematów na następny tekst jest ogromny. Kilka zapisanych w telefonie, a inne w komputerze oczekujące ukończenia. Dlaczego jednak tak trudno coś wybrać i napisać? Oto trzy powody.

Powód nr 1Czas

Ile razy brakuje nam czasu? Rozmawiając z innymi ludźmi słyszymy, że ciągle, ale prawda jest inna. Ja żyję w przekonaniu, że nie istnieje coś takiego jak „brak czasu”, gdyż on jest zawsze. Są tylko nie rozplanowane lub źle rozplanowane dni. Widząc inne osoby spędzające godziny na kwejku, demotywatorach, mistrzach i innych średnio ciekawych portalach popularnych, zastanawiam się dlaczego „nie mają czasu”. Aby napisać dobry felieton, czy jakikolwiek tekst publicystyczny potrzeba dobrego rozplanowania i odpuszczeniu kilku innych czynności typu gry, długi posiłek, czy kompletnie bezsensowne leżenie w łóżku. Trzeba usiąść, wybrać temat, stworzyć nastrój i pisać. No i coś jeszcze…



Powód nr 2Przygotowania

Czasami nie możemy jednak usiąść i pisać co nam ślina na język przyniesie, gdyż do danego tekstu potrzebujemy przygotowania i czasu na jego zrozumienie. Musimy szukać informacji, przeczesywać wikipedię, fora, blogi i inne portale, które mogłyby nam pomóc w osiągnięciu zamierzonego celu. Zabiera to czas i to sporo. Gdy już posiadamy wszystko co trzeba rozpoczynamy pisanie, które może albo pójść niesamowicie szybko albo niezwykle ślamazarnie. Wszystko zależy od nas samych i wybranego tematu.

Powód nr 3Strach

O tak. Nic tak nie działa na człowieka jak strach. Boimy się i to bardzo. Boimy się tego, że napisany przez nas tekst zostanie odrzucony, bądź znielubiony przez potencjalnych odbiorców. Pojawia się myśl „Po co skoro i tak mnie zjadą?”. Przez takie obawy i myśli tekst albo w ogóle nie powstaje, albo powstaje i zostaje uznany przez nas samych jako kiepski. Mam dla Was jednak radę. Nie ważne co, nie ważne jak i kiedy, piszcie dla SIEBIE, nie dla innych. Wiem jakie jest to egoistyczne, ale czasami trzeba zrobić coś dla samo uszczęśliwienia . Piszcie dla siebie, to co wy myślicie i czujecie, bo to wasza praca. Piszcie dla siebie i nie przejmujcie się zdaniem innych, a raczej wyciągajcie wnioski na podstawie wytykanych wam błędów, a przez to niedługo nie będzie się mieli czego bać.

To są w mojej opinii największe powody przez które dzieła nie powstają. Te i jeszcze czas poświęcany dla korekty, doboru obrazów, filmów i innych multimediów i ewentualnych tłumaczeń. To jest też w sumie wytłumaczenie dlaczego tak rzadko tu pojawiają się teksty. Do przeczytania w przyszłości.


czwartek, 12 kwietnia 2012

"Słodko się pije, gorzko się płaci." - czyli o Frugo



Właśnie wypiłem różowe Frugo. Trudno zliczyć ile razy już to robiłem, nie tyle różowe co wszystkie z nich. Napój ten był, jak wielu, napojem mego dzieciństwa. Gdy nagle zniknął długo nie mogłem znaleźć zamiennika, aż w końcu popadłem w nałóg popijania Pepsi, Mirindy, itp. Długo zastanawiałem się co mogło się stać, dlaczego musiał zniknąć. Przez długi upływ czas kompletnie o nim zapomniałem. Do czasu…

Do czasu jednej kasety kilka miesięcy temu. Rodzice namówili mnie na obejrzeniu pewnego filmu. Znajdował się on jeszcze nagrany na kasecie VHS. Po długich poszukiwaniach w końcu udało mi się znaleźć to czego szukałem. Niestety okazało się, że nagrały się też reklamy. Niestety, a może stety zobaczyłem reklamę. Tą reklamę z tymi pestkami i dzwonnicą. Do dziś brzęczy mi w głowie. Jedna z najlepszych reklamówek polskiej telewizji. I wtedy sobie przypomniałem.

Rozpocząłem przeszukiwania forów i stron internetowych, w stylu „Co Dalej?”. Nic. Aż w końcu pewnego dnia pojawia się informacja, że produkt są kupiony przez polskiego biznesmena. I wtedy się zaczęło. Pierwsze informacje, ciche testy, tajemne reklamy, aż w końcu produkt trafił na rynek.



Pewnego dnia wracam do domu ze szkoły, a na biurku spoczywa ono, Różowe. Rzuciłem się jak na długo oczekiwany prezent. Wstrząśnięcie, charakterystyczny pyk i pierwszy łyk, przy którym napłynęło wiele wspomnień. Potem przyszła kolej na czarne, zielone, aż w końcu moje ulubione pomarańczowe. Byłem w siódmym niebie, że to cudo wróciło. Niestety wszystko co naprawdę dobre, musi przestać takie być.

Wiadomo, że gdy produkt zaczyna już sam na siebie zarabiać i to zarabiać dobrze, trzeba do niego dokładać. Wiedzą to filmowcy, wiedzą to twórcy gier, ale niestety wiedzą to też ludzie odpowiedzialni za napoje. Postanowiono więc i ten produkt „ulepszyć” poprzez wprowadzenie dawnego białego Frugo. Wprowadzono. Nie białe Frugo, ale bananowy syntetyk z lekką nutką ananasa, smakujące trochę jak bananowy Kubuś.

Później dostaliśmy do ręki Czerwone Frugo, który jest tak słodkie, że można zwymiotować, a nawet nie jest smaczne. I na koniec dołożyli jeszcze Żółte, które bądźmy szczerzy smakuje po prostu jak pierwszy, lepszy, tani Pysio.



Niestety jak to bywa, wiele rzeczy musi się zeszmacić. I tak też się stało z Frugo. Genialny produkt, który istniał dawno, zniknął, powrócił w chwale i już się przejadł. Twórcy starają się nadrobić kolejnym rzeczami, który tylko pogarszają sytuację. To już niestety nie jest to co było, i nie mówię tu o zeszłej dekadzie, ale o tym co było zaledwie kilka miesięcy temu. Dobry produkt upadł.

niedziela, 8 kwietnia 2012

"Człowiek jest zwierzęciem z natury racjonalnym i społecznym." - czyli o ludziach, muzyce i kulturze

Siedząc przy komputerze zastanawiam się co napisać. Czy cokolwiek co za chwilę pojawi się na monitorze, będzie miało sens? Czy gdy źle postawię przecinek ktoś w ogóle się zainteresuje? Podobno pisanie ma mi przychodzi bardzo trudno, ale nie mam z tym problemu, tylko czasami po prostu nie daję rady. Siadam i wiem, że mogę coś napisać, tak jak teraz, a jednak nie potrafię. Boli mnie to, bo nie mogę znaleźć rodzaju, który sprawiał by mi przyjemność i ukojenie, tak jak było to na początku. A może to myśl o braku zainteresowań i zarobków tak mnie dobija? Może to, że mogę się spełniać tylko w jednej pasji, bo inna po raz kolejny mnie rozczarowuje? Dostaję odrzucenie, bądź słowa, że zadzwonią, choć bądźmy szczerzy, oni nie dzwonią. Na moje CV pewnie padło spojrzenie, a następnie znalazło się w ono w kuble. W tym kraju nie opłaca się także wydać książki. Płacimy wstępnie tysiąc złoty, które trudno w ogóle zdobyć, książka się sprzedaje, a profitu mniej niż z pracy przy śmieciarce. A podobno z talentu można tyle zarobić. To jest kłamstwo. Albo zarabiasz dobrze z tego w czym jesteś niezwykły, albo jesteś nieszczęśliwy. Piosenkarze, aktorzy, sławni ludzie zarabiający miliony, ale w większości mający dość skandali i całego szumu jaki wokół nich jest. Pseudo artyści, którzy myślą, że tworzą sztukę, a tak naprawdę ją niszczą. Nie tylko ją, ale tych prawdziwych też, bo ludzie chcą słuchać tego co jest popularne.

Disco polo nikt nie lubi, ale wystarczy, żeby zmienić to na angielski, wstawić przystojnego czarnoskórego bogacza i miejsce przypominające Hawaje i voila, miliony wyświetleń. Zrobić „piosenkę” o tym jak się idzie przez ulicę, ściąga się spodnie i w obcisłych speedo wymachuje się swoim interesem na lewo i prawo i śpiewając jakim to seksownym jestem. Jesteś obrzydliwy i tyle Ci powiem. A co z ludźmi? Dla nich to dzieło i hit na imprezy. Skaczą  i cieszą. To samo z poprzednią i następną piosenką. Pomimo, że niszczy to każdy możliwy aspekt muzyki, a poza tym obrzydza to jednak jest to popularne.

Rozumiem puszczanie to na imprezach w których wszyscy są zalani, bądź najarani, ale błagam nie puszczajcie tego w radiu. Potwornie denerwujące jest to co się teraz dzieje. W polecanej „muzyce” na YouTube znajdą się może trzy utwory, które można nazwać muzyką. Reszta to tragiczne pomyłki, które nie wiadomo z jakich racji zdobyły taką popularność. Ludzie chcą czegoś co przyciągnie ich uwagę i prawdę mówiąc nie musi to być wcale dobre. Dlatego ludzie nie pamiętają pierwszej „Piły”, ale uwielbiają „Ludzką Stonogę”. Kontrowersje przy których wyłączenie telewizji jest potwierdzeniem wizji autora.

To się tyczy wszystkiego. Ludzie biorą to co jest już popularne porzucając to co jest naprawdę dobre. Dlatego pojawiły się setki tysięcy fanów „Zmierzchu”. Pomimo, że moim zdaniem ksiązki te bardziej nadają się na papier toaletowy niż dobrą lekturę ( no może pomimo kilku fragmentów), a filmy są tragedią i istną obrazą dla kinematografii ( nie licząc ich muzyki, która jest, powiedzmy, że dobra), to i tak biją rekordy popularności. „Pamiętniki Wampirów”, „Czysta Krew” i inne badziewia, które sprawiły, że wampiry postrzegane są jako „seksowni” „mężczyźni” pragnący miłości, ale nie mogących jej dostać, a nie krwiożercze potwory, którym zależy tylko na ofiarach. Ależ oczywiście przecież każde zło ma dobrą twarz.

Potwornie irytujące jest ocenianie bez zobaczenia. Mówią mi, że mam iść na „Oszukać Przeznaczenie”, bo to musi być dobre, a kiedy ja odpowiadam, że wolę obejrzeć coś Braci Marx, patrzą na mnie jak na kosmitę i pod nosem stwierdzają, że pewnie to jakieś, za przeproszeniem, gówno. Ależ oczywiście.

To wszystko się tyczy wszystkiego. Ludziom naprawdę odbija w dzisiejszych czasach, szczególnie tym którzy mają pieniądze. Przepraszam, tym których rodzice mają pieniądze. Jeżdżą na koncert każdego artysty, bądź pseudo-artysty, a nie potrafią wymienić nawet jednej jego piosenki. Jaki to ma sens? Nazywają się fanami po przesłuchaniu jednego utworu, bądź obejrzeniu jednego filmu. Nie rozumiem tego. Stwierdziłem, że uwielbiam Millę Jovovich po tym jak zobaczyłem z nią dziewięć filmów, a inni naskakują na mnie, że najlepsza jest Kate Winslet, którą widzieli w… „Titanicu”. A spróbuj ich zapytać o inny z nią film, a nie otrzymasz żadnej odpowiedzi. Kto by tam pamiętał o Oscarze za „Lektor”, czy bardzo przyjemnej roli w „Holiday”? Ależ gdzie tam.

Muzyka. Ten temat mnie jednak boli najbardziej. Proszę ludzi o to, żeby potrafili rozróżnić piosenki i muzykę. Nie można nazwać muzyką „Sexy and I Know It”, „Party Rock”, utworów Skrillexa, Tabasko, czy jeszcze innych tragedii, które spłodziła Matka Ziemia. Możecie przy tym poskakać w dyskotece, czy na plaży, ale nie mówicie mi, że ta muzyka was porusza, czy wywołuje jakiekolwiek uczucia. Boli mnie to, bo gdy zainteresowałem się muzyką na poważnie ( specjalne powtórzenia słowa „muzyka”), to zacząłem zauważać jak wiele jest genialnych i utalentowanych zespołów i wokalistów, którzy nie są znani przez większe grono. Piszą teksty, które nawet bez muzyki potrafią poruszyć i oczarować, grają muzykę, która potrafi nas wprawić w dobry, bądź zły nastrój, kochają to co robią i są tak dobrzy w studiu jak i na żywo. Po tym ostatnim można poznać prawdziwego artystę. Posłuchajcie sobie występów na żywo takich osób jak LMFAO, czy Rihanna, a zrozumiecie o co mi chodzi. Chrypa, inny głos i kompletny brak poweru. Czyste zabiegi artystyczne, który później oglądacie i słuchacie, posiadając ogromny banan na twarzy.

Rozpisałem się jak diabli, a nie poruszyłem prawie niczego. Do każdego akapitu można by dopisać jeszcze po kilka stron różnych przemyśleń, ale myślę, że trafiłem w sedno. Założę się, że teraz wiele będzie się kłócić, albo nikt nie będzie i to prostu zignoruje. Niektórzy stwierdzą, że nie mogę tak mówić o tym co się może komu podobać, ale prawda jest taka, że mogę, bo to jest moje zdanie, a o gustach się nie dyskutuje. To jest to co ja uważam, co czuję i co zauważam, a jak Ty masz inne zdanie, to mnie to nie przeszkadza. Pozdrawiam.

niedziela, 1 kwietnia 2012

"Od czekania dusza rdzewieje." - czyli o przemijaniu, urodzinach i Wielkanocy



Dzisiaj będzie raczej krótko. Chciałbym powiedzieć o czymś co mnie zaczyna trochę zastanawiać. Czy z wiekiem coraz mniej rzeczy pozostanie takie same? Czy wszystko będzie się zmieniać tak jak teraz? A co właściwie teraz się dzieje, a co działo się kiedyś?

Kiedyś na samą myśl o urodzinach wariowałem. Patrzyłem na kalendarz ile to jeszcze dni zostało, wymyślałem prezenty jakie mógłbym dostać, czy sytuacje jakie mogłoby nastąpić. 21 lipca kładłem się do łóżka ze świadomością, że nazajutrz oszaleję z radości. Ledwie się budziłem, a już biegałem i skakałem, że to, że tamto. Ludzie wokół składali mi życzenia, a później dzwoniły telefony. Prezenty. Masakryczne odpakowywanie i pełna radość. Zaproszone wcześniej osoby przychodziły się ze mną bawić wspólnie, pijąc Piccolo, grając w gry i po prostu rozmawiając. Teraz jest inaczej.



Teraz 22 lipca nie chcę wstać. Chcę przespać ten dzień i zapomnieć o nim. Jednak wstaję, bo trzeba. Spoglądam w lustro mówiąc sobie jasno co udało mi się osiągnąć, a przed czym stchórzyłem w tym roku. Myję twarz i się przebieram. Rodzina składa mi życzenia, który pomimo wszystkiego w ogóle mnie nie wzruszają. Dostaję zwykle prezent o którym wiedziałem już wcześniej: wymarzona książka, która zostanie przeczytana kilka miesięcy później, czy gra, które zwykle okaże się być zawodem. Ludzie zaczynają składać życzenia na FaceBooku w sumie nie wiedzą po co to robią. Żeby poczuć się lepiej, że tak wypada? Lepiej więc tego nie robić. Jednak co się dzieje później. Zostaję wyrzucony ze znajomych i dostaję później informacje od kogoś innego, że osoba obraziła się na mnie za niezłożeni życzeń. Niewielka anomalia.

Nie chcę też nikogo zapraszać. Nie chcę i tego po prostu nie robię. Jest niewiele osób z którymi chciałbym spędzić czas w ogóle, a co dopiero w moje urodziny. Założę się, że skończyło by się tylko na wyżalaniu, bądź głupim gadaniu skończonym w tym samym miejscu w którym zostało to rozpoczęte. Wolę więc to sobie odpuścić, chociaż trzeba przyznać, że jak wiele osób potajemnie marzę o przyjęciu niespodziance.

Czemu taka notka? Dzisiaj jest Prima Aprilis i zbliża się Wielkanoc. Z nią przychodzi zajączek, Chrystus Zmartwychwstaje i ludzie oblewają się wodą. Na prawie nic nie daję się już nabrać, bo żarty są po prostu nudne i denne, w szczególności to prześmieszne rozstawanie się i schodzenie ludu na Fejsie. Na zajączka nie czekam, bo i po co. Chrystus Zmartwychwstaje, a ja dalej się modlę tak jak potrafię i staram się wierzyć tak mocno jak tylko mogę, ale prawda jest taka, że kościół już mnie nie wciągnie z powrotem. Bóg tak. A woda? Jak myślę o Lanym Poniedziałku to zbiera mi się na wymioty. Kiedyś kochałem to wszystko. Dzisiaj nie chcę nawet mieć kropli wody na sobie. Całe szczęście, że przebywam w mieszkaniu. 


środa, 28 marca 2012

"Dobrze pisać znaczy czynić myśl widzialną" - czyli znowu o pisaniu, rytuałach i minimalnie o Hanku

Mój rytuał pisania jest w różny w zależności od pisanego tekstu i okoliczności występujących obok. Czytałem o różnych ludziach stosujących nagrody po każdym skończonym rozdziale, stronie opowiadania, czy całej strofie. Na mnie nigdy to jednak nie działało. Na mnie działa zupełnie co innego. Wszystkie teksty dostępne na www.wpisyizapisy.bloog.pl

Gdy piszę opowiadania to zwykle muszę być sam w domu, bądź być na nudnej lekcji przepełniony weną. Wtedy powstają jedne z najlepszych moich tekstów. Historia „Myśliwego” jest prosta. Na lekcji wykonałem wszystkie potrzebne ćwiczenia, a pani kochana nauczycielka wyszła i zostawiła nas na pastwę losu. Czułem się wtedy dość dziwnie. Wyciągnąłem kartkę, długopis i zacząłem tworzyć. I tak wyszło krótkie opowiadanie, które ludzie uważają za jeden z „najwybitniejszych” moich tekstów (nie żebym pisał cokolwiek wybitnego, no proszę was). Co innego tyczy się np. „Zbrodni Dextera”. Wena na to opowiadanie wpadła zaraz po skończeniu drugiej książki o przygodach tego sympatycznego zabójcy i wraz z ukończeniem trzeciego sezonu jego historii. Siedząc sam w mieszkaniu i w pokoju, nalałem pełną szklankę Pepsi i spojrzałem na monitor. Włączyłem Worda i spoglądając od czasu do czasu na podobiznę znajdującą się na książce zacząłem tworzyć osobne opowiadanie, który mogło by się znaleźć gdzieś pomiędzy tym wszystkim. Czy jest dobre? No cóż, nie mnie oceniać.

Gdy piszę książkę to zwykle potrzebuję wolnego czasu. Nie może to być tydzień roboczy, bo w mojej głowie albo krąży szkoła, albo zdarzenia które w niej nastąpiły, przez co nie mogę się skupić. Zupełnie. Nie raz się zdarzyło, że podczas streszczania morderstwa nagle na ekranie wyświetlił się napis „ A sprawdzian z biologii będzie czwartek”.
Gdy dostaję spokój to można pisać. Żadnej muzyki, żadnego jedzenia ( ewentualna przegryzka w postaci jabłka, bądź pomarańczy) i coś energetycznego do picia (najlepiej, wiem niezdrowa, Pepsi). Wtedy mogę tworzyć. Ludzie czekają na wolne, żeby gdzieś wyjechać, odpocząć od nauki, albo po prostu pospać dłużej. Ja czekam, żeby w końcu stworzyć coś naprawdę sensownego.

Gdy piszę notkę na tegoż bloga to sprawa jest prosta. Siadam godziną jeszcze nie nocną, ale już zbliżającą się do wieczora, włączam jakąś muzykę i Worda, a następnie kładę głowę na biurku. Palce spoczywają na klawiaturze. I nagle przychodzi moment. Zaczynam pisać i kończę na drugiej stronie, jakiś czas później. Muzyka uderza, a ja tylko stukam. Czasami zajrzy Mama i pyta co tak walę, a ja odpowiadam „Mamo tu się sztuka tworzy”, wcale tak nie myśląc.

Hank Moody kończąc kolejne dzieło pił whisky i palił trawkę. Radosny zwyciężał na przeciwnościami. Ja jeszcze takie uczucia nie doświadczyłem. Potwornie marzę, żeby skończyć tą „powieść” i w końcu gdzieś dalej zajść. Kocham to co robię i chcę robić tego więcej dla większej ilości ludzi. Bo jak się coś kocha, to nie można tego zaniedbać i o tym pamiętajcie. Amen.

niedziela, 25 marca 2012

"Nie jestem artystą, nie jestem pozerem... jestem pisarzem" - czyli trochę o Hanku i dużo o pisaniu


Dzisiaj może być znów chaotycznie, bo nie wiem o czym pisać, więc zobaczymy co wyjdzie. Oglądając „Californication”, grając w „Alan Wake” zastanawiam się, czy każdy pisarz kończy tak jak oni. Zagubiony, inny i bez weny. Gdy ostatnie dzieło zostaje gwoździem do trumny, a wszelkie próby kończą się beznadziejnymi włosami przedszkolaka. Czy taka jest moja przyszłość?

Kocham pisać, bo to sprawia mi przyjemność. Możliwość przelania myśli na papier, bądź ekran jest czymś cudownym. Daje wolność i przynajmniej częściowy odpoczynek dla głowy. Bardzo chciałbym by moja przyszłość była związana z pisaniem, ale to jest tragicznie niepewny zawód, szczególnie w tym lekko porytym kraju. Boję się, że to jednak nie ma sensu. Już to widzę. Przychodzi genialny pomysł, siadam piszę trzy rozdziały i słyszę od innych, że są świetne. Później z dnia na dzień przestaję i w końcu zatrzymuję się w miejscu. Uruchamiam Worda i gapię się w ostatni rozdział jak gdyby miałby mi przynieść odpowiedź. Wiem dokładnie co ma się dziać dalej, ba nawet wiem jak to napisać, jednak nic nie wychodzi. Hank palił i się zmuszał, ja nie mogę bo rano muszę wstać do szkoły. Nie mogę nawet zarwać nocy na pisanie, bo już gdzieś indziej dostanę po zadzie.

Rytuał zakończonego tekstu u mnie praktycznie nie istnieje, bo nie licząc notek, opowiadań i jednej ( nazwijmy to) powieści. Gdy kończę to zwykle po prostu wyłączam komputer, czy zamykam zeszyt i wychodzę. Wychodzę z pokoju, coś jem, a później wracam. Sam nie wiem czego mi brakuje. Co musi się stać, żebym znowu zaczął pisać tak jak to lubię? Lubię… kocham. Czuję się wtedy taki spełniony, a na mojej twarzy gości prawdziwie szczery uśmiech. Ludzie mówią, że miłość jest najlepszą weną, ale ja za cholerę tego znaleźć nie mogę. Pesio…

Gdy moja Mama przeczytała moją książkę, poprawiła błędy i stwierdziła „jest okey”. Podziękowałem za korektę, opinię i wróciłem do pisania. Ciągle jednak w głowie brzmiało to denerwujące, dwa razy powtórzone „okey”. Może to to sprawiło, że spadłem w tej powieści, bo ktoś bardzo mi bliski nie docenił tego dość dobrze. Później zacząłem tracić perspektywy przyszłości. Zwątpienie w zawód reżysera skończyło się kompletnym porzuceniem i co za tym idzie pozostawieniem na nic kilku przeczytanych książek na ten temat. Później pojawiało się perspektywa scenariuszy, co dalej jest dla mnie możliwością, ale skoro książki nie mogę naskrobać to co dopiero kwestie dla aktorów. Poza tym w cholerę w tym zasad.

Nauka nie ma nic do tego. A może ma? Może właśnie ma. Może to, że wolę momentami spojrzeć w zeszyt z polskiego, a nie zastanowić się nad dalszym przebiegiem, mnie powstrzymuje? To, że rano trzeba do szkoły, to że trzeba tam przeżyć, umieć odpowiedzieć, zrobić zadanie i zdać sobie sprawę, że zmarnowałem kilkanaście dni swojego życia na pierdoły, który na nic się nie przydadzą. Cudowna chemia, fizyka, czy biologia bez której naprawdę nie mogę sobie wyobrazić życia ( jakby ktoś nie załapał jest to sarkazm, czasami tak trudno utrzymać tutaj Ton).

Ostatni akapit kończący znowu dość chaotyczny tekst. Czekam tylko na wolne, aby móc w spokoju wstać, zjeść śniadanie, umyć się, usiąść przed komputerem i po prostu pisać. Od rana do nocy pisać bez przerwy. Poprosić rodziców i siostrę o nie przeszkadzanie, licząc na brak krzyku i wywodów o spędzaniu czasu z rodziną. A na koniec ubrać się jak będzie trzeba, włożyć słuchawki i wyjść na spacer. Albo lepiej pobiegać. Nie, jednak wolę spacer. Chociaż zawsze fajniej z kimś… ale już pierniczę. Dobranoc…

sobota, 24 marca 2012

"Tęsknię..." - czyli o wspomnieniach, miłości, związkach, pieniądzach i FaceBooku

Wspominamy przeszłość. Czasami jest w naszej głowie częściej niż teraźniejszość. Czy to źle? To zależy. Zależy od tego jak bardzo przysłania nam to co widzimy, co czujemy. Od czasu do czasu nachodzi nas coś, czego nie było wcześniej, a my tylko zastanawiamy się, czy  to przypadek,  a może o czymś zapomniałem. Myślenie o przeszłości…

Pieniądze. One bardzo często pojawiają się w naszej głowie. Kiedyś było więcej, a może kiedyś było mniej. A może inaczej na to patrzyliśmy? Pamiętne czasy, gdy małe zabawki były wszystkim, a dzisiaj chwytam jedną i nie rozumiem co mnie w niej tak bawiło. Moje ukochane zabawki leżą zaniedbane, a inne przejęła moja siostra. Ktoś wrócił do pracy i teraz znowu ma być wszystko w porządku. Może w końcu dostanę jakiś wymarzony prezent, może w końcu dostanę jakąś niespodziankę. Wiem jakie to samolubne, ale po prostu strasznie tęsknię za choć minimalnym rozpieszczeniem. To chyba nie jest złe, prawda?

Miejsce zamieszkania. Są ludzie, którzy całe życie znajdują się w jednym miejscu, ale są też tacy którzy nawet nie są pełnoletni, a mieszkań, czy domów mieli więcej niż małe dziecko policzy. W moim przypadku było to osiem. Magiczna liczba osiem sugerująca osiem różnych miejsc, różnych mieszkań i różnych wspomnień. Od tych kompletnie zapomnianych i stuprocentowo roześmianych do tych pamiętanych za dobrze, które spowodowały zbyt szybkie dorastanie. Gdy usłyszałem o mojej wyprowadzce nie mogłem się pozbierać. Spodziewałem się niespodzianki i taką też dostałem. Chodziłem po pokoju przez pół nocy, siadałem w kącie i oglądałem wszystko wokół. Wspomnienie wracały i do dziś wracają. Wrzaski przy grach, pierwsze domowe ćwiczenia, płacze przy książce, treningi do Mam Talent, czy złapanie dziewczyny za rękę i przytulenie jej. Wszystko zaczęło być takie nieszczęśliwe, pomimo tego jakie piękne były te wspomnienia. Wyszedłem na zewnątrz i mogłem biegać na własnym podwórku. Kosić trawę traktorkiem i iść do lasu. Jeździć rowerem i spotykać się z kumplem. A teraz? Środek miasta, który kocham, ale nie ukrywając, żyję w zamknięciu.

Miłość. Kto z nas nie myślał o miłości? A kto jej nie wspominał? Kogo nie bolały stare rany? Kiedyś wszystko było takie logiczne, a dzisiaj wydaje się być chore. Podczas gdy byłem związku myślałem, że robię wszystko dobrze i sprawiam, że druga osoba jest szczęśliwa. Teraz, gdy o tym myślę zdaję sobie sprawę, że mogłem być okropnym utrapieniem i przekleństwem. Sam nie wiem, czy chcę znać odpowiedź na to jaki byłem. Bolą mnie te wspomnienia wspólnych spacerów, przywitań i pocałunków. Ostatnio śniło mi się jak szedłem przez miasto, a ono zniknęło i pośrodku niczego stała Ona. Obudziłem się jak z koszmaru pomimo, że byłem o krok od świadomości.
Wracając przez miasto widzę wszystkie miejsca, które przyszło nam odwiedzać. Ławki w parku, przystanki, czy pizzerię. Niekiedy pozostawione krótko, a inne na bardzo długo. Nie mogę kłamać i powiedzieć, że nie tęsknię. Błędy moich decyzji dopadły mnie bardzo późno i wtedy napłynęły też wspomnienia pomyłek. Czy jednak naprawdę byłem taki zły?

FaceBook to syf, bo sprowadza wszystkie te wspomnienia z powrotem. Dostaję zaproszenie z lat, których nienawidzę i od razu je odrzucam, przypominając sobie złe czasy. Jednak gdy pojawia się osoba, która jako jedyna zapewniała mi uśmiech, zostaje zaakceptowana i dodana do znajomych, ale jak się okazuje tylko po to, aby odkryć, że jest zupełnie innym człowiekiem. Jak każdy, ale niektóre rzeczy nie powinny się zmieniać. Człowiek uśmiechnięty i zadowolony z własnej głupoty zmienia się w zmorę policji i służ prawa. Przyjaciele kiedyś znani, nagle stają się wrogami, a nam pozostają jedynie wspomnienia.

Zdarzyło mi się kilka razy przeczytać o nagłym płaczu przed snem. Przeczytać i doświadczyć. Gdy mózg powoli się wyłączył, a przed oczyma pozostawiał obraz uśmiech bliskiej osoby z jednego oka zaczęły spływać łzy. Sen nagle zaczął odchodzić. Przewracam się na drugi bok i staram się przestać o tym myśleć, ale po prostu nie wychodzi. Spływa kolejna, a ja wstaję i siadam na krześle. Wtedy wiem, że moje problemy dopiero się pojawiają, a to tu teraz jest tylko złym przedsnem (nowe słowo, wiem).

Mam nadzieję, że jakoś to wyszło. Czasami po prostu nie mogę napisać nic innego jak to co czuję, to co we mnie siedzi. Codziennie siedzi we mnie jakiś tekst, który błaga o wyjście. Czasami jest on o piosence, a czasami o tym jak bardzo spieprzyłem największy dar, o który starałem się tak długo. Chciałbym tylko usłyszeć, że nie było tak źle i nie przesadzałem. Będę jednak szczery. Osoba od której chciałbym to usłyszeć pewnie tego nie czyta i nigdy nie zrobi, a ja jej tego nie wyślę. Kiepski finał chaotycznego tekstu…

piątek, 23 marca 2012

"I nie opuszczę Cię, aż do śmierci" - czyli o małżeństwie, weselu i dzieciach

Czas poruszyć temat trudny i może trochę nie odpowiedni dla mnie. Mianowicie małżeństwo i to co z nim związane. Łaskawie proszę o niezjechanie mnie za to co napiszę, bo sam jeszcze nie wiem co z tego wyjdzie.

Od dziecka w moich oczach widziałem obrazy cudownych związków. Czy to rodzice, czy dziadkowie, czy wujostwo zawsze wydawali się zgodni i szczęśliwi. Mając jakieś 5 lat zawsze mówiłem rodzicom, że wezmę ślub przed 21 rokiem życia, a oni zawsze odpowiadali „Nie wiadomo”. Wtedy tego nie rozumiałem, kto by rozumiał. Lata zaczęły mijać. Z każdym rokiem działy się coraz dziwniejsze rzeczy.



Na początku zacząłem zauważać kłótnie. Wszędzie. W każdym związku ludzie się kłócili, czasami warczeli na siebie. Z alkoholem, bez alkoholu, o pieniądze, o ich brak, o wszystko. Nocując u rodziny słyszałem ciche rozmowy i przeklinania na temat domniemanej zdrady. Następnego ranka wszystko jednak wracało do normy, a przynajmniej sprawiało takie wrażenie. Rozpocząłem bardziej wnikliwe obserwacje. Przed moimi oczyma ukazywał się obraz czegoś co w dzieciństwie nawet nie przyszło mi do głowy. Braku szczęścia.

Niektórzy widzą księżniczki i księcia na białym koniu. Niektórzy nie robią sobie nadziei. Duża jednak większość myśli o małżeństwie. Chce to i chce tamto. Kiedyś słysząc „małżeństwo” widziałem uśmiechy, pocałunki i czystą radość. Teraz widzę krzyk, zdenerwowanie, niespełnione ambicje i nieszczęście. Nie wszędzie, nie u wszystkich nie zrozumcie mnie źle. Czasami po prostu za dużo słyszę i zdaję sobie sprawę ile rzeczy mogło zostać dokonanych, gdyby nie ta zrąbana mała rzecz zwana miłością.

Prowadząc rozmowy i oglądając różnego rodzaju drzewa genealogiczne byłem zszokowany, gdy dowiedziałem się o karierze koszykarskiej jednego członka mojej rodziny porzuconej przez chęć wzięcia ślubu. Ambicje zostania prawnikiem pogrzebane przez męża. Marzenie o domku w mieście zniszczone przez tradycje rodzinne i utrzymanie pola. To jest pierwszy punkt mojej odmowy na ten status społeczny.



Wspomnieć chcę też o weselu. Nie macie pojęcia jakby wyglądało moje wesele, więc trochę to przybliżę. Żadnego zespołu a la „biesiadne rządzi”, czy disco polo, tylko zespół potrafiący zagrać wszystko i potrafiący chociaż mówić po angielsku bez wyplucia połowy zębów. Zero alkoholu nie licząc szampana ( SZAMPANA, nie wina musującego) i symbolicznej lampki wina. Menu wybrane konkretnie: bez żadnych gulaszy, strogonovów i Bóg wie jeszcze czego, ale porządne dania, które będą lubiane i kochane przez moją przyszłą żonę i mnie, a nie przez tłum. Zabawy weselne w sumie zostaną te same z małymi poprawkami, bo to akurat jedyna część, która świetnie działa. Kończąc stwierdzę, że zdaję sobie sprawę ile coś takiego może kosztować, ale jeśli jednak zdecyduję się wziąć ślub zacznę oszczędzać od razu. Może na 60-tkę będzie prezent.

Teraz przejdźmy do dzieci. Para powinna zdecydować się na dziecko ( w dzisiejszych czasach panuje takie przekonanie), no i decyduje się, jeśli wszystko jest dobrze jest sobie ciąża, kobieta rodzi od godziny do półtorej dnia może dłużej ( moja Mama „wypychała” takie grzdyla jak ja 22 godziny), a potem trzeba je wychować. No i tu jest znowu problem. Albo wychowanie zostaje odpuszczone i dziecko staje się niesłuchającym, rozwydrzonym bachorem, albo zostaje rozpieszczone i staje się „najlepsze ze wszystkich i przy okazji najmądrzejsze”, albo też wychowanie się udaje. Czasami w mniejszej lub większej części.

Z wiekiem zaczęły mi się przypominać rzeczy. To jak ja byłem wychowany. Kary, wrzaski i klapsy sprawiły, że zostałem człowiekiem takim jakim jestem i nie zrozumcie mnie źle, moi rodzice odwalili kawał dobrej roboty. Chodzi jednak o to, że ja bym nie potrafił. Czuję, że albo przegiąłbym w jedną, albo w drugą stronę. Bardzo często to widzę w rozmowach z moją siostrą. Albo ją tulę, biorę na kolana, pomagam we wszystkim, a czasem denerwuje mnie bardziej niż sto diabłów i już czuję się jak wychowawca. Nie chcę tego, że gdyby naprawdę to się stało, to również bym się tak zachowywał. A może to właśnie o to chodzi?



Bardzo często słyszę o małżeństwach. O tym jak to ludzie je biorą z obowiązku, z tradycji, z tego że chcą. A co jeśli ktoś nie chce? Co jeśli ktoś chce wybić się z szeregu i nie wziąć ślubu? Albo zostaje zjechany, albo odrzucony i później musi żyć w społeczeństwie, gdzie ludzie się tym nie przejmują. Ja mam jednak gorzej i z góry decyzja została podjęta przeze mnie. Moi rodzice mają tylko dwójkę dzieci: syna i córkę. Córka wyjdzie za mąż i zmieni nazwisko ( ewentualnie dwuczłonowe, ale dajcie spokój). Syn nie bierze ślubu i nie ma potomka. I co wtedy się dzieje? Ród mojej rodziny upada. Tak, bo nazwisko mojej rodziny ze strony mojego dziadka staje na mnie. I co ja mam teraz zrobić dzierżąc takie brzemię?

Powiem teraz szczerze i krytycznie dla samego siebie. Znajduję sobie coraz więcej powodów, żeby zmusić się do tego i zmienić zdanie, ale to po prostu nie idzie. Albo to przyjdzie z czasem, albo nie przyjdzie w ogóle. Nie chcę rezygnować z marzeń i nie chcę nikogo do tego zmuszać. Nie chcę wrzeszczeć i bić mojego dziecka po tyłku. Nie chcę tańczyć do „Jesteś Szalona” z moją ukochaną ubraną w białą suknię. Czy jestem inny? Czy naprawdę to jest takie dziwne, czy może przesadzam?

Pomóżcie mi z odpowiedziami na te pytania, błagam.

poniedziałek, 19 marca 2012

Co ludzie widzą? - czyli o wyglądzie, ubiorze i hipsterach



Patrząc w lustro zastanawiam się co myślą ludzie mijający mnie na ulicy. Nie raz zdarzyło się, że kontakt wzrokowy losowo spotkanego przechodnia trwał dłużej niż przeciętny ( który podobno wynosi 1,18 sekundy). Po takiej sytuacji w mojej głowie krążą setki myśli i analiz mających na celu domyślenie się kim mijana osoba była. Zwykle nie zwracam uwagi na ubiór, chyba, że właśnie w takich sytuacjach.

Pomimo przysłowia „Nie szata zdobi człowieka” to jednak dużo o nim mówi nie można temu zaprzeczyć. Na przykład ja się niczym nie wyróżniać, bo też tego nie lubię. Jeansy – zawsze i bluzy z kapturem. Inni są jednak bardziej wyrafinowani. Nie raz widuje się człowieka, który tym co ma na sobie mógłby nakarmić część bezdomnych. Jak to kiedyś powiedział Olivier Janiak, gdy usłyszał, że ( chyba to były ) pielęgniarki zarabiały 800 zł „Przecież tyle kosztują moje spodnie.” Tak, wiem.

Najciekawszym gatunkiem są moim zdaniem hipsterzy. Powiedzcie mi błagam co jest takiego męskiego i seksownego w spodniach ściskających genitalia bardziej niż speedo i sprawiających, że twój tyłek wygląda jak u pawia? Okulary ZERÓWKI kosztujące dość dużo ( nie chcę strzelać), koszulki ściskające tak bardzo, że przy minimalnym spadku temperatury sutki przebijają się na drugą stronę i te czapeczki 24/7 a la Coldplay. Nie będę przy tym dłużej rozmyślał. Po prostu nie lubię ich „mody” i to tyle.



Wróćmy jednak do początku. Co ludzie mogą rozszyfrować po tym jak wyglądam? Blada i lekko podniszczona cera wskazująca albo złą dietę, albo preferencje w postaci deszczu aniżeli promieni słonecznych. Okulary mogące być świadectwem wyższego poziomu inteligencji, bycia molem książkowym i kujonem, uwielbienie dla ekranów telewizora i komputera, bądź genetyczne uwarunkowanie. Krótkie włosy, które niektórzy odczytują jako znak młodzieńczego buntu, inni niechęć do zbyt obfitej fryzury. Wspomniany wcześniej ubiór na który teoretycznie nikt nie zwraca uwagi, a jak już to tylko komentując, że nie umiem się ubrać, bądź ubieram się jak dziecko ulicy. Podarte i zniszczone adidasy do których, fakt, mogę być za bardzo przywiązany.

Zwykle poruszam się w pośpiechu i moja mina wskazuje bardziej zdenerwowanie i stres, aniżeli wewnętrzny spokój. Analiza własnego wyglądu, ubioru i zachowania jest nad wyraz intrygująca, gdyż nigdy nie wiemy, czy mamy rację.

Przysłowie „Nie oceniaj ludzi po wyglądzie” również nigdy nie weszło w życie. Nie ma osoby na tym świecie, która choć raz tego nie zrobiła. To po prostu siedzi w naszej naturze i nie da się tego zmienić. Wiele razy słyszy się też,  że „każdy jest inny” i to jedyny spośród tych wymienionych cytatów, który jest prawdziwy.

Będąc w mieście w ciągu dnia możemy spotkać setkę lub więcej osób. Wśród nich może być nasz przyszły małżonek, szef, kurator, czy milczący.  kolega ze spotkań AA. Nie znamy przyszłości. W serialu „Touch” wspomniany zostaje chiński mit, który mówi o tym, że każdy z ludzi ma nadgarstki i kostki związane czerwoną nicią, która łączy się z każdą osobą na świecie z którą nasze drogi przetną się kiedykolwiek w przyszłości.



Z rozkminy o ubraniach i wyglądzie przeszedłem do serialu. Ciekawy talent. Wyczerpując jednak temat: pierwsze wrażenie nie stwierdza jaki człowiek jest naprawdę, ale też nie jest mylne w 100%. Czasami jednak zamiast gapić się i mówić, czy oceniam tą osobę na 8, czy 6, lepiej podejść i po prostu powiedzieć „hej”. Losu i tak to nie zmieni, a może odmienić nasze całe życie.

niedziela, 18 marca 2012

Przedstawienie Postaci

Witam wszystkich na tym blogu. Moje prawdziwe imię pozostanie tajemnicze, ale wszędzie nazywam się Mark. Niektórzy mogą mnie znać z innych moich tekstów:


To tak dla przypomnienia.
Takiego rodzaju blogowania podejmuję się pierwszy raz w życiu i nie wiem jak on wypadnie. Chcę w nim pisać o rzeczach otaczających mnie i innych ludzi. O sprawach na które przesadnie się reaguje, bądź kiwa palcem. O moich schorzeniach jako pisarza, problemach psychicznych jako niespełnionego artysty. O książkach, serialach, filmach, grach i całej tej brutalnej otoczce z nimi związanej. Materiałów będzie wiele i zapewne będzie co poczytać. Mam nadzieję, że nie przesadziłem ze wstępem.

Pozdrawiam :)