Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seriale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Seriale. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 czerwca 2012

" To długa historia." - czyli o Jak Poznałem Waszą Matkę Sezonowo




„Jak Poznałem Waszą Matkę” to serial, który w 2005 roku wystartował na stacji CBS. Od tamtej pory zdobył uznanie wśród widzów i krytyków. Znajduje się na wysokich miejscach w rankingach i otrzymał kilka prestiżowych nagród. O co jednak w nim chodzi?

Historia jest raczej prosta, przynajmniej na pozór. W 2035 roku Ted Mosby postanawia opowiedzieć swoim dzieciom historię o tym jak poznał ich matkę. Jego córka pyta: „-Czy to będzie długa historia?”, a on odpowiada twierdząco i przenosi ich do roku 2005. I tak ta długa historia ciągnie się już siedem lat. Czy na pewno jednak TA historia?

W trakcie przedstawiania akcji poznajemy pozostałych bohaterów następnych lat. Najlepszy przyjaciel i współlokator Teda, Marshall, jego słodka narzeczona Lily, zwariowany, a zarazem genialny przyjaciel wszystkich Barney i niedługo później wprowadzona Robin. Każdy bohater ma swoją inną, większą bądź mniejszą, rolę w opowieści poznania matki.



Pierwszy sezon prowadzi nas przez historię Teda i jego zakochania w Robin, które raz jest, a raz go nie ma. Widzimy też perypetię zaręczonych i Barneya, który pojawia się absolutnie wszędzie. Był on doskonałym wprowadzeniem i moim zdaniem najlepszym sezonem z doskonałym i wzruszającym zakończeniem. Dalej mogło już być przecież tylko lepiej.

I z początku było. Drugi sezon wystartował i to zdrowo. Śmieszne gagi, bardzo dobre prowadzenie historii i ciekawe wątki głównych bohaterów, które albo rozśmieszały, albo doprowadzały do płaczu. Wszystko jednak, jak w każdym serialu, prowadziło do końca. Ten był jak zaskakujący. Trzeci sezon ( który przez wielu uważany jest z najlepszych) obfitował w ciekawe gościnne występy, m.in. w pierwszy odcinkach pojawił się Enrique Iglesias z którym nasi bohaterowie lubili pogrywać.

Serial po tym sezonie miał zostać anulowany, na szczęście jednak wrócił na antenę z czwartym, znowu bardzo wysokim jakościowo, sezonem. Cała akcja była prowadzona idealnie. Było zabawnie, ciekawie i przede wszystkim matczynie. Wiedzieliśmy jak akcja się posuwa, a po drodze otrzymywaliśmy wiele wskazówek kim ta osoba może być. Pamiętna scena w barze trzeciego sezonu przychodzi mi teraz na myśl.



 I jak to bywa w dobrym show wszystko ma swój koniec. Na antenę wchodzi 5 sezon i serial od razu traci na wartości. Staje się nudny, odgrzewany, a historia matki zaczyna powoli ginąć. Piąty miał jednak swoje momenty, jak setny odcinek, czy ciekawy finał, ale nie było to już to. Następnie pojawia się szósty sezon z naprawdę świetnym pierwszym odcinkiem, który podniósł mnie na duchu i już myślałem, że serial wróci na właściwy tor. Tak się jednak nie stało. Szósty był jeszcze gorszy. Słaby, głupi, z kretyńskim i w ogóle nie potrzebnym wątkiem Zoe, posiadał zaledwie trzy dobre odcinki. Bez spojlerów: pierwszy, dwunasty, ostatni.

W trakcie gdy w piątym i szóstym historia matki była tragicznie minimalna tak w kolejnym już, siódmym, zaginęła. Totalnie zaginęła. Serial stał się podręczną historią Barneya, który ani trochę nie zbliżała do historia poznania Matki tej dwójki dzieci. Co więcej, same dzieci przestały się pojawiać, choćby na te kilka sekund, a finał nie zawierał w ogóle, ani jednej informacji o tytułowej matce.



Wyżej przedstawiłem krótką historię serialu jaka trwała przez te lata. Oczywiście, że można się ze mną nie zgodzić ( nawet trzeba momentami), ale ja tak czuję. Ten serial naprawdę był wielki i oglądało się go z przejęciem i w sumie dalej tak można. Co rok w wakacje odrabiam sobie pierwsze cztery sezon i jestem cały czas tak samo zachwycony. Ciągle się śmieje, dobrze bawię, a po seansie słucham naprawdę świetnej muzyki, który zwykle leci tylko w tle. Dlaczego duch tego serialu zaginął? Co się stało? Staram się to zrozumieć już długi czas. Wszystko co widzieliśmy do tej pory, stało się skokiem na kasę, a przecież nie musiało tak być. Nawet gdyby ukazali kim ta matka jest i o co z nią chodzi, to i tak serial mógłby lecieć dalej, bo może jakimś cudem dzieci chciałby usłyszeć jak doszło do ślubu pomiędzy nimi. Jednak nie… CBS podjęło inną drogę. Szkoda.

Podsumowując. Bardzo dobry serial przez pierwszy cztery lata, później dużo gorzej. Tak czy siak polecam. Dajcie znać w komentarzach co myślicie o nim i o tekście. Tylko proszę delikatnie.


sobota, 9 czerwca 2012

"Człowiek jest geniuszem, kiedy śni." - czyli o Awake




Awake to serial, który wystartował 1 marca tego roku na kanale NBC. Zdobywał bardzo pozytywne recenzje, jego ranking był wysoki, a ludzie uznali go jako jeden z lepszych lecących w telewizji. Niedługo później zostaje jednak anulowany na wskutek niskiej oglądalności. Jednak po kolei.

Show ten opowiada o perypetiach detektywa Michaela Brittena. Pewnego dnia jadąc samochodem z rodziną zdarzył się wypadek. Ich samochód w niewyjaśnionych okolicznościach spada ze zbocza drogi. Mike od tamtej pory żyje w dwóch różnych rzeczywistościach. Pierwsza przedstawia co się dzieje, gdy w wypadku ginie jego syn, a on radzić sobie musi ze swoją zranioną żoną, w momencie, gdy druga traktuje o życiu bez małżonki i z dorastającym synem, który właśnie utracił matkę.

Aby ludziom łatwiej było rozróżniać obie rzeczywistości i by głębiej wsiąknąć w historię zastosowano dwa filtry. Gdy Michaela przebywa z żoną widzimy filtr żółty, a wszystko jest wtedy jaśniejsze i przyjemniejsze dla oka, a gdy jest z synem zastosowany jest filtr zielony przez co obraz jest bardziej ponury i ciemniejszy dając klimat dramatu. Jednak może rzeczywistości wyglądają tak nie dlatego, że twórcy tak chcieli, a może tak właśnie wygląda jego wyobraźnia?



To jest właśnie genialne w „Awake”. Nic nie jest jasne, ani logiczne. Od samego początku, gdy rzuceni jesteśmy w akcję musimy skupić się na interpretacji konkretnych szczegółów. Mowa tu o zachowaniach bohaterów, ich roli w życiu Michaela, różnic pomiędzy dwoma rzeczywistościami i tym dlaczego wszystko jest jakie jest. Główny bohater w obu światach chodzi również do psychiatrów. Każdy próbuje go testować i przekonywać na swój sposób, że druga rzeczywistość jest nieprawdziwa, pomimo, że dla niego wszystko wydaje się realne. Dla niego… i dla widza.

Poza tajemnicą dwóch rzeczywistości pozostaje też sekret wypadku Michaela. Czy był on przypadkowy? Czy to na pewno był tylko wypadek? Im dalej posuwamy się w akcji, tym częściej widzimy, że prawda jest głęboka ukryta, a prowadzi przez wielu ludzi i wiele miejsc które Michael badał przed wypadkiem.

Cały serial jest niezwykle wciągający i tajemniczy. Przez pewien czas dostajemy losowe sprawy, które główny bohater rozwiązuje przy użyciu dwóch światów, a później mówi o tym psychiatrze, jednak im dalej w las, tym akcja zbliża się bardziej do niego samego i jego życia. Nic nie jest jednak jasne do końca. Nie wiemy, czy to co teraz go spotyka jest prawdziwe, czy nie. A wszystko prowadzi do jednego wielkiego finału.



Finału, który jednocześnie zdziwił, wprawił w zastanowienie, a niektórych rozczarował. Był jednak inny od reszty zakończeń anulowanych seriali, bo przede wszystkim zamknął historię, a nie pozostawił dwieście pytań bez odpowiedzi ( patrz: „Alcatraz”). Finał ten w zależności od interpretacji widza może być, albo niezwykle szczęśliwy dla bohatera, albo bardzo tragiczny. Cudowne w serialach jest to, gdy to my dostajemy wolną rękę do interpretacji i myślenia nad tym co się stało, a nie gdy wszystkie karty wyłożone są na stół.

Słowem zakończenia. Bardzo polecam ten serial każdemu widzowi. Jest wciągający, intrygujący, choć nie pozbawiony wad ( ale też który serial ich nie ma?). Posiada 13 ciekawych i momentami bardzo zaskakujących odcinków, w tym doskonały finał. Naprawdę polecam.


środa, 18 kwietnia 2012

"Każda sztuka zawsze dąży do tego, by stać się muzyką." - czyli o Glee



Długo powstrzymywałem się przed obejrzeniem tego serialu. Moja dawna miłość do musicali i filmów do nich podobnych dawno wymarła i miała nigdy nie powrócić. Do czasu, gdy nie przeczytałem, że jeden z bardziej szanowanych przeze mnie aktorów ma w nim wystąpić i to w piosence „Somebody That I Used To Know”. Wtedy postanowiłem nadrobić zaległości. Aktualnie znajduję się w połowie drugiego sezonu i szczerze nie żałuję ani chwili.

Czymże jest Glee? „Glee” jest serialem opowiadającym o nauczycieli Willu Schusterze, który gdzieś w trakcie wieloletniej nauki w szkole zapomniał czemu się w niej w ogóle znalazł, a jego praca przestała dawać mu satysfakcję. Pewnego dnia dowiaduje się, że szkolny chór ma zostać rozwiązany. Postanawia do tego nie doprowadzić. Rozpoczyna castingi na nowych członków i chce zaprowadzić go do zwycięstwa na zawodach, aby odzyskał on dawną chwałę.

Oczywiście nie byłoby „Chóru” bez jego członków, a są to ( w pierwszym sezonie):
Kurt Hummel – ubierający się modnie homoseksualista z masą pomysłów i wysokim F5,
Rachel Berry – zwariowana i irytująca żydówka wychowana przez ojców homoseksualistów, chcąca być za wszelką cenę główną piosenkarką,
Mercedes Jones – czarnoskóra dziewczyna przy kości posiadająca niewiarygodny głos,
Finn Hudson – rozgrywający drużyny futbolowej,
Noah Puckermann – żydowski gracz futbolu lubiący się znęcać nad słabszymi,
Quinn Fabray – przewodnicząca klubu celibatu i główna cheerleaderka,
Santana Lopez – również dziewczyna tzw. Cheerios potrafiąca wywalczyć czego tylko zapragnie,
Brittanny Pierce – ostatnia cheerleaderka mająca dość niski iloraz inteligencji,
Artie Abrams – niepełnosprawny gitarzysta i piosenkarz,
Tina Cohen-Chang – jąkająca się Azjatka będąca Gothem i Mike Chang – również azjata, ale tym razem tańczący.



Wszyscy bohaterowie jak i serial poruszają praktycznie każdy możliwy stereotyp krążący w kulturze amerykańskiej. Zdecydowanie nie brakuje tam niczego, a każdy z pojawiających się członków otrzymuje chociaż jeden odcinek poświęcony jego osobie i historii. A byłbym zapomniał. Jest też osoba, która chóru i Willa nie lubi. Trenerka cheerleaderek Sue Sylvester, zdeterminowana do zniszczenia i zwolnienia wszystkich poza nią.

Czym byłbym jednak Glee bez muzyki? O tym właśnie chcę tutaj wspomnieć, bo historia nie jest tu taka ważna, a poza tym nie da się jej poruszyć bez spoilerów. W każdym odcinku jesteśmy uraczeni pięcioma do ośmiu coverów różnych piosenek z odmiennych epok. Po drodze zdarzają się też odcinki poświęcone konkretnej gwieździe.  W trakcie serialu przewijają się też liczne gościnne występy głównie piosenkarzy i aktorów potrafiących się wykazać głosem, ale i nie tylko.

W ostatnim wpisie poleciłem Wam ich cover piosenki „Toxic”. Jest to jednak jeden z niewielu genialnych utworów, które pojawiają się w tym serialu. Poza typowymi muzycznymi zmianami pojawiają się tutaj tzw. Mash-upy, czyli łączenia dwóch lub więcej utworów w jeden. Te również robią niezwykłe wrażenie, a talent występujących po prostu nie ma końca. O każdym z nich można by napisać osobny tekst i skupić się na innych jego cechach, ale po co? Lepiej doświadczyć tego samemu ( chociaż przyznam, że Kurt będzie miał osobny tekst poświęcony jego niezwykłej osobie).

Czym jest jednak dla mnie Glee? Przede wszystkim powiewem świeżości. Od ogromnej ilości seriali kryminalnych, obyczajowych i komediowych w końcu dostałem coś nowego, czego jeszcze wcześniej nie spotkałem. Przez pierwsze dwa odcinki wydawało mi się, że nie wytrzymam, ale wtedy dopiero zacząłem czuć czym ten serial jest. Wybawieniem. Nie było nic lepszego od oglądania perypetii bohaterów i wyboru ich kolejnych utworów. Dzięki Glee nabrałem ochoty na śpiewanie ( sąsiedzi i rodzice nie są zbyt z tego zadowoleni) i tańczenie w własnym pokoju. Pomimo, że obie te czynności są totalnie nieudolne i po prostu kiepskie to jednak sprawiają, że czuję się lepiej. Po wszystkim co dzieje się na około mnie nie mogę znaleźć nic lepszego niż taka chwila przyjemności i zapomnienia.



Żaden inny serial nie wzbudził we mnie na raz tyle emocji co ten.  Raz pękałem ze śmiechu, raz płakałem, a innym razem po prostu zacząłem cieszyć się z bohaterami. Ukazuje on też niesamowitą ilość problemów i zdarzeń z jakimi muszą borykać się ludzie odmienni, tacy jak homoseksualiści, czy „więksi”. Na niektóre kwestie wiele razy zwracałem uwagę wcześniej, ale o innych nie miałem pojęcia. Nie wiem czemu, ale on również jako jedyny nauczył mnie dużo większej tolerancji niż ludzie i książki.

Specjalnie nie chcę, aby ten tekst był za długi, bo mogę napisać coś na co rzucą się sępy. Zakończę więc w sposób taki: Kocham ten serial za to jaki jest i co mi dał. Kolejne chwile przyjemności i niesamowitych uczuć połączonych ze współczuciem dla bohaterów i ich realiów. Naprawdę polecam, chociaż nie każdemu podejdzie.


sobota, 31 marca 2012

"Ludzie stają się coraz głupsi." - czyli o Hanku Moodym



Hank Moody jest bohaterem serialu „Californication”. Jest pisarzem, ojcem, kochankiem, nałogowym palaczem, alkoholikiem, zdziecinniałym inteligentem, erotomanem i posiadaczem czarnego Porsche. Co noc w jego łóżku znajduje się inna kobieta z którą uprawia seks na każdy możliwy sposób, samemu jednak starając się nie przemęczyć. Miłośnik Whisky i trawki, szczególnie po zakończonym pisaniu. Pierwsze wrażenie sprawia, że takiej osoby się unika, a jednak ten bohater stał mi się bliższy niż jakikolwiek inny spotkany w przeszłości.

Przygodę z nim rozpoczynamy w Los Angeles, gdzie w pierwszej scenie widzimy go wraz z pewną blondynką budzącą go w dość oralny sposób. Chwilę później nasz bohater musi uciekać, gdyż chłopak danej damy akurat wrócił do domu. Hank szybko wskakuje do swojego Porsche i rzuca w stronę mężczyzny obraźliwy gest jaśnie wskazujący gdzie u kobiety znajduje się łechtaczka, a następnie odjeżdża. W niedługim czasie poznajemy jego ukochaną o imieniu Karen, której nie może odzyskać, gdyż ona już zdecydowała się na ślub z innym, który w ogóle do niej nie pasuje. Później  spotykamy jego córkę Bekkę, dwunastoletnią „metalówę” uznającą „Biblię Szatana” za książkę edukacyjną. W jego otoczeniu kręci się też pewien niski, łysy i grubawy Charlie Runkle, jego agent i zarazem przyjaciel, posiadający liczne seksualne upodobania, którym nie może sprostać nawet jego żona Marcy, ale za to może pewna sekretarka, która tylko z początku wydaje się być stereotypową blondynką.



Już w pierwszym odcinku widzimy Hanka jako zapijaczonego palacza, śpiącego ze wszystkim co spotka na swojej drodze i praktycznie nie mającym hamulców. Przez cały ten pilotażowy epizod można śmiać się bez końca i padać na ziemię. Do czasu… do czasu ostatniej sceny, gdy dowiadujemy się kim tak naprawdę jest Hank. A jest on po prostu nieszczęśliwym człowiekiem. Jedyna kobieta do której naprawdę coś czuł opuściła go przez to jaki jest, pomimo tego, że wcześniej to akceptowała. Córka jednocześnie kocha go bardziej niż cokolwiek w świecie, ale i nienawidzi bardziej niż Wyznawców Jehowy. Jest rozdarty pomiędzy tym kim chciałby być, a kim jest, a przez to każda rzecz jaką zrobi ostatecznie musi skończyć się porażką.

Hank ma na swoim koncie liczne powieści i opowiadania + jedną tragiczną ekranizację. Sprawiła ona, że bez skrupułów przespał się z żoną reżysera, który zniszczył jego książkę i pobił go w księgarni. W pierwszym sezonie zaczyna również blogować o tym co go otacza i czego nienawidzi. W dużym skrócie: wszystkiego i wszystkich. Jego książka „God Hates Us All” tylko potwierdza regułę, że inni ludzie nie są w ogóle lepsi od niego, ani on nie jest gorszy od nich. Jest kimś, kto został nagrodzony wszystkim czego można zapragnąć: pieniędzmi, miłością i rodziną, a jednak wszystko nie dawało mu radości, bo nie było w pełni takie jak być powinno.

Im akcja posuwa się dalej tym Hank coraz bardziej zbliża się do nieuchronnego upadku. Poznaje nowych ludzi, którzy z początku mogą okazać się wybawieniem, prawdziwym przyjacielem, czy nawet długotrwałym związkiem, jednak już niedługo po tym okazuje się, że nic nie jest takie proste. Pierwsza osoba z którą odważył się zostać rzuca go dla innego, który jest żonaty, książka którą napisał po długim braku weny zostaje przywłaszczona, a jego możliwe, że najbliższy przyjaciel znika z jego życia tak szybko jak się pojawił. Nic co mogło go uratować ze stanu w jakim jest nie podziałało.



Moody. Z angielskiego znaczy po prostu Humorzasty, markotny, czy rozkapryszony. Czy Hank jednak taki jest? On sam raczej nie. Jego życie? Jak najbardziej. Gdy pojawia się szczery uśmiech i szczęście już chwilę później możemy zobaczyć łzy i rozpacz. Przez cały czas można widzieć w nim przystojnego i silnego Casanovę, który nagle może zmienić się w najczulszego i najbardziej niewinnego człowieka na świecie. Najbardziej boli go jednak to, że inni przez niego cierpią. Cierpią potwornie przez błędy, który popełnił teraz lub wiele lat temu. Cierpią przez to jakim jest i jakim pozostanie. Nikomu sam by nie życzył w otoczeniu, takiej osoby jakim jest on sam, a jednak nie potrafi się zmienić. Jak bardzo by chciał, nie potrafi.

Gdy zapytano go kim jest, czy pozerem, czy artystą odpowiedział, że pisarzem. I może to właśnie sprawia, że ten bohater jest mi tak bliski. On spełnił dokładnie te marzenia, który siedzą teraz w mojej głowie. Utożsamiam się z nim, gdyż widzę przyszłego siebie, co jednocześnie cieszy i smuci. Czuję, że może ktoś mnie znajdzie i coś wydam, że znajdę miłość i jednak założę rodzinę, ale czuję też, że wszystko okaże się niczym. Że tak jak on stracę ich, moich ukochanych, a pieniądze kompletnie stracą dla mnie wartość.

Hank nie śpi po prostu z kobietami. On je kocha. Żeby to bardziej ukazać zacytuję jeden z najlepszych moich zdaniem momentów z serialu:

Nigdy nie jestem aż tak zainteresowany,
a i tak mówię kobiecie,
jak bardzo jest piękna, bo to prawda.
Wszystkie jesteście.
Każda na swój sposób.
Zawsze jest coś w każdej z was.
Uśmiech, kształt, sekret.
Kobiety są najbardziej
niesamowitymi stworzeniami.
To praca mojego życia.
Następnego ranka pojawia się kac i
świadomość, że nie jestem tak wolny,
jak mi się poprzedniej nocy zdawało.
I wtedy jej już nie ma,
a mnie prześladuje możliwość,
za którą nie podążyłem.”

Tak smutne, a jednak tak prawdziwe. I tu mam pytanie. Czy po tym wszystkim co napisałem w pierwszych dwóch akapitach, Ty czytelniku, pomyślałbyś, że on mógłby powiedzieć coś takiego? Czy to jest w ogóle możliwe?

Hank Moody. Tak długo omijałem ten serial szerokim łukiem, obawiając się, że zawarty w nim seks, przekleństwa oraz narkotyki i alkohol zbrzydzą mi odbiór. Okazało się jednak, że to właśnie dzięki temu znalazłem jeden z najlepszych seriali mojego życia i bohatera, który na zawsze pozostanie w moim sercu. Hank Moody. Humorzasty, zapijaczony pisarz, który nie może być szczęśliwy nawet gdy jest. Hank Moody, czyli osoba, która jednocześnie jest dla mnie autorytetem, jak i typem człowieka, którym nigdy nie chciałbym się stać. Kogoś takiego nie było i naprawdę nie będzie.


wtorek, 27 marca 2012

Rzeczy, które kocham, część II - czyli o Gamingu i mojej historii



Gaming – żeby było zrozumiale chodzi o gry wideo. Gaming jak sama czynność grania, ale też inne sprawy z nim związane takie jak recenzje, zapowiedzi, czy ogólne śledzenie tego co się w tym świecie dzieje.

Moja historia z Gamingiem zaczęła się ok. roku 1998, bądź 1999, gdy pod moją małą rączkę dostała się myszka i klawiatura. Do dziś nie mogę sobie przypomnieć jak nazywała się moja pierwsza gra, ani też jaka ona była. Później mała przygoda z grami Buble, trochę Rollecoaster Tycoon ( na którego ostatnio mam potworną chcicę), później odrobina pierwszego Virtua Fighter i Fighting Force, ale jako dziecko najwięcej czasu spędziłem przy HUGO. Oj te pierwsze programy i gry to było coś.

Mijały lata, a działo się dużo. Moi kuzyni pozwolili mi zakosztować gier z serii Gwiezdnych Wojen. Ach jaki miodny był mój pierwszy lot X-Wingiem, czy moje pierwsze potyczki jako Kyle Katarn w Jedi Outcast. Ach te wspomnienia.

Wiele pozycji w mojej kolekcji się jeszcze przewinęło. Dużo gier internetowych i przeglądarkowych takich jak OGame, Plemiona, BiteFight i tłumy innych, których już nawet nie pamiętam. Później miałem długi epizod z Poin’t n’clickami takimi jak genialny Atlantis (I,II i III), epicka i wzruszająca Syberia (Obie części), czy The Longest Journey, który nie udało mi się skończyć przez bug występujący podczas przesuwania pasów posągów (dwóm pierwszym poświęcone będę osobne teksty).

Następnie przez moje łapeczki przewinęły się strategie i RPG. Na mojej półeczce pojawiły się ukochane Celtic Kings ( przegrane 45 godziny i statystyki z Nieba, ale kampania dalej nie ukończona), SpellForce ( odpadłem po budowaniu po raz siódmy tej samej wioski), Polanie, Warcraft II, Zeus: Pan Olimpu ( moja ukochana, jak jej kolejna część), Saga: Gniew Wikingów ( niewybitna, ale moja pierwsza strategia), aż w końcu Gothic, którego prawdę mówiąc skończyłem dwa tygodnie temu. Godziny spędzone przy tworzeniu bohaterów i miejsc do życia we wszystkich pozycjach dawały mi masę satysfakcji, której dzisiaj potwornie mi brakuje.

W międzyczasie w moje oczy gdzieś w sklepie, zupełnie przypadkowo, wpadła gra „Fahrenheit”. Coś we mnie drgnęło na sam widok pudełka ( do dziś zachowane w idealnym stanie). Mężczyzna z zakrwawionymi rękoma, a wokół niego słowa pokroju „morderca” „grzech” i inne. Wziąłem gierkę w łapki i nie patrząc na tył zakupiłem. W domu, gdy została zainstalowana odkryłem niewiarygodny zakup jakiego dokonałem. Nie licząc dość lipnych końcówek, gra jest doskonała. Pierwszy raz tak bardzo zżyłem się z bohaterem i zdarzeniami w których brał udział. Coś niesamowitego. Jest to też chyba jedyna gra, którą skończyłem na wszystkie możliwe sposoby, odkrywając każde możliwe zakończenie i kupując wszystko co można. I nie żałuję tych godzin.



Dzięki mojemu kumplowi udało mi się siebie wprowadzić w cudowny świat strzelanek: FPS i TPS. Nie licząc oglądanie dawnych starć Quake’a, czy Doom’a, moją pierwszą grą zawierającą użyteczną broń palną było GTA, dokładniej dwójka. Nie spędziłem z nią długo, ale później przyszło 3D i cudowna trójeczka. Oj, długo mi to zajęło, ale doszedłem do końca i z wielką satysfakcją zestrzeliłem finalny helikopter. Następnie w moje ręce wpadła, do dziś moim zdaniem najlepsza część GTA i jedna z moich ulubionych gier, Vice City. Od pierwszej chwili byłem tą grą oczarowany. Cudowne „Hawaje”, doskonały soundtrack i przegenialna obsada w postaci Ray Liotty, czy William’a Fitchner’a ( znany ze „Skazanego na Śmierć” jako Mahone). Jednym tchem przeszedłem całą kampanię przez którą zarwałem sporo nauki i opuściłem wiele zadań domowych, ale jednak było warto. Ostatecznie moją przygodę skończyłem z licznikiem 75.7 %. Później dostałem Trylogię w której tylko po raz kolejny ukończyłem trójeczkę, tym razem w kilkoma modyfikacjami, San Andreas, który pomimo niesamowitych możliwości nie przypadło mi do gustu przez ciągły klimat rapu, czarnoskórych i ciągłego przeklinania i gadania o dragach, następnie dwie części Stories na PSP ukończone ze smakiem po dwa razy, Chinatown Wars również na PSP uważane przeze mnie za dobrą grę, ale nie jako część GTA. Gdy zainwestowałem w końcu w Xboxa 360 przyszła CZWÓRECZKA, która bardziej mnie zanudziła niż rozbawiła. Serio, jedna z niewielu gier, przy której podczas strzelaniny ziewałem.

Dopiero właśnie z przybyciem GTA IV rozpoczęła się moja właściwa przygoda z grami. Dwie części Call Of Duty nastawione na czystą rozwałkę, UFC dzięki któremu pokochałem MMA, Saboteur, Prototype, aż w końcu „Alan Wake”. Genialna gra o pisarzu bez weny, niosąca uczucia niczym z „Twin Peaks”, czy „Archiwum X” jako pierwsza gra przestraszyła mnie niewiarygodnie, ale również dzięki niej poznałem swój ulubiony zespół „Poets Of The Fall”.

W międzyczasie na PC ruszyła kolejna część Mount&Blade, a konkretnie Warband. Zakupiona przeze mnie w Media Expercie i uruchomiona pozostaje jedną z najlepszych gier mojego życia i pozycją w której spędziłem najwięcej czasu, bo dokładnie 147 godzin. Wiem, masakra.

Przyszła zmiana na PS3 i doświadczyłem kolejnych epickości w postaci ukochanego Uncharted 2, czy świetnego Killzone 3. Niestety jakieś pół roku temu padł mi układ graficzny i do teraz pozostaję bez konsoli. Bez konsoli i bez porządnego Gamingu.



Czas taki został jednak spożytkowany w inny sposób. Rozpocząłem przygodę w MineCrafcie, który początkowo kręcił mnie jak co innego, a teraz najwyżej dwa razy na tydzień usiądę na godzinkę, by pokopać trochę. Nadrobiłem za to Gothica za co jestem potwornie z siebie dumny, bo było to nie lada wyzwanie. Bez kodów, bez pomocy, czysta zabawa to wam powiem.

A co teraz? Teraz śledzę to co w tym świecie się dzieje. Oglądam Rocka i Roja, bo to najlepszy duet polskich Gamerów i ogólnie jest w porządku. Na święta spodziewam się powrotu ukochanego sprzętu, a przygodę na powrót rozpocznę ze Skyrimem, który marzy mi się już od dawna. Mam nadzieję, że nie przesadziłem, ale szczerze mówiąc oryginalnie ten teksty wyszedł na jakieś pięć stron, więc specjalnie powycinałem moją historię konsolową, pośrednie i tragiczne pozycje i inne pierdółki. Tak, czy siak to jest moja historia z Gaming, drugą z kolei rzeczą kochaną przeze mnie najbardziej.



wtorek, 20 marca 2012

Rzeczy, które kocham, część I - czyli o pisaniu, początkach i wenie

Pisząc tutaj wyrażam swoje zdanie i wszystko co piszę trzeba czytać dokładnie, bo może zostać źle odebrane. Lubię dyskutować, ale nie lubię się kłócić przez błędnie odczytane, bądź zrozumiane kwestie. Słowem wstępu przechodzimy do dania głównego.

Mieliście taki dzień w którym wszystko idzie dobrze, układa się dobrze, jest on interesujący, ciekawy i myślicie, że nic wam go nie zepsuje, a następnie wracacie do domów i macie ochotę zakończyć swój żywot? Co to w ogóle jest i dlaczego tak się dzieje? Ile ja bym dał, żeby to wiedzieć. Taki dzień dla mnie nastał dzisiaj.

Od jakiegoś czasu męczę się z brakiem weny. Nie ma dla mnie nic gorszego, gdy nie mogę robić tego co kocham, a tych rzeczy jest naprawdę niewiele: Pisanie, Gaming, Słuchanie Muzyki, Oglądanie Seriali i Jedzenie. Jedźmy po kolei.

Pisanie: moja historia z pisaniem krąży wokół piątej klasy podstawówki, gdy nie wiadomo czemu zacząłem pisać nieszablonowo. Pomimo, że byłem małym szczylem chciałem się jakoś wyróżniać. A może to normalne? Historia toczyła się szybko. Czasami trójami, czasami czwóreczkami, a nie było nic lepszego niż soczysta piątka i pochwała. Tak. Kto nie lubi być chwalony przez siły wyższe? Później było gimnazjum, które rozpoczęło się próbą mojej pierwszej powieści zakończonej na 7 rozdziale. Była tragiczna, co tu dużo mówić. Porzuciłem pisanie, nie licząc wypracowań. Wróciłem do niego w trzeciej klasie lekko przymuszony przez uczucia. Przyszła pierwsza mini depresja, która sprowadziła mnie do pisania słabiutkich wierszy i dość ciekawych pierwszych notek. Nastąpiła druga próba powieści. Tą napisałem całą, ale była krótko i tylko odrobinę mniej tragiczna od poprzednich. Następnie dość słabiutkie próby pierwszych scenariuszy do czasu ich kompletnego porzucenia.

Rozpoczęła się też równo przygoda z recenzjami, którym poświęcę osobny wpis. Zacząłem zakładać blogi. Od słabszego do coraz lepszego, aż w końcu pełnoprawnie ruszyły „Wpisy i Zapisy”. Z początku „wierszowane” z nutką opowiadań, później dzięki bliskiej mi osobie przerodziły się w notki. Czasami zabawne, częściej smutne, a czasami czysto chamskie, bądź wulgarne.

Nigdy nie mogłem narzekać jednak na brak weny. Ciągłe zdenerwowanie, bądź niektóre osobniki ciągle dostarczające negatywnych wibracji, czy pozytywnych wiatrów. Był nawet okres, gdy na blogu codziennie pojawiało się coś nowego. Czas ten jednak minął już dawno. Teraz co jakiś czas aktualizuję którykolwiek z nich. Nawet na Tweeterze nie ćwierkam tak dużo. Prawie z nikim nie rozmawiam poza szkołą. Dziwnie nie czuję tej potrzeby. Rozpocząłem pisanie kolejnej powieści. I w tej w końcu coś zaczęło się klarować, jednak stanęło. Stanęło i od kolejnego tygodnia nie może wyruszyć z miejsca. W mojej głowie krąży dwieście różnych pomysłów, wiem jak akcja ma iść dalej, wiem co ma się dziać, wiem to wszystko. Włączam komputer, siadam przy nim, otwieram plik, czytam co było chwilę temu i muruje mnie. Nie mogę nic zrobić. Gapię się na ekran. Mijają minuty, a moje ręce tylko drżą nad klawiaturą nie mogąc zlepić żadnego słowa.

To w sumie może być powód otworzenia tego, dziesiątego już w moim życiu, bloga. To może być właśnie ten psychologiczny powód. Gdy nie mogę skleić recenzji, gdy poetyckości we mnie za grosz, a powieść leży i kwiczy, to tu mogę napisać te jedyne słowa, które cisną mi się na papier (czytaj: ekran). Taka jest moja historia. Cały dzień czułem się dobrze, a nawet za dobrze, aż w pewnym momencie coś pękło. Teraz siedzę na wpół smutny, na wpół nieprzytomny. Jutro wagary, może mały wypad i w końcu motorem od kumpla. Mówię dobranoc i obiecuje się nie zabić przed snem.